
Fantastyczna rzecz – zachwycająca, wręcz zniewalająca. Już nikogo nie powinno dziwić, że w podsumowaniu roku 2009 czytelników Resident Advisor, Seth uplasował się w pierwszej dziesiątce. Jeżeli wszystkie jego sety są jak ten miks, za rok będzie jeszcze wyżej we wszelkich podsumowaniach. Urodzony w Michigan w USA, a podbijający obecnie Berlin Troxler to prawdziwy magik. Bardzo odważnie żongluje konwencjami, połowa numerów to stosunkowo dziwaczne, nasączone narkotyczną aurą propozycje, a jednak ogólny wydźwięk jest bardzo pozytywny, nie wspominając o tanecznym potencjale.
Główne tematy basowe są czytelne i łatwo wpadające w ucho (czy raczej w nogi), choć na innych ścieżkach poszczególnych tracków dzieją się rzeczy zasługujące na osobne, dłuższe opowieści. Troxler wszystko precyzyjnie sobie przemyślał. W centrum płyty pojawia się mało znany remiks „Freakbox” zespołu Spectrum wykonany przez Richiego Hawtina. Kanadyjski producent odziera nagranie z wszelkich ozdobników, zostawiając jedynie seksowną wokalizę podszytą mocnym pochodem basu i bębnów. Utwór ten przenosi nas na terytorium minimalowych brzmień. Najpierw otrzymujemy je w zimnym „Molar One” Alexeia Delano (uzupełnione chicagowską melorecytacją), a potem w tribalowym „The Connie Shake” Jabberjawa (czyli Matthew Dear`a).
Pod koniec zestawu Troxler stawia jednak na bardziej „mięsiste” granie. I przydaje mu się do tego kolekcja tech-house`owych przebojów – od pobrzękującego giętym basem „Signs” Heartthroba, przez bliski dyskotekowym produkcjom LCD Soundsystem „Stricher” Romana Flügela, po niemal trance`ową wersję (własnego autorstwa) klimatycznego „Seven” z repertuaru Fever Ray. Całość wieńczy gwałtowny zwrot w stronę klasycznego house'u z Motor City – „Time For Us” autorstwa Nicolasa Jaara z masywnym pochodem basu przypominającym pamiętny motyw z „Another One`s Bites The Dust” Queenu.
Miks amerykańskiego producenta ocenicie sami słuchając Seth Troxler – Boogybytes vol. 5.
A tu małe co nieco w jego wykonaniu.